czwartek, 3 listopada 2016

Rozdział I - Zło, które nie miało prawa się wydarzyć







Nikt nie mógł przypuszczać, że Voldemort tak szybko odzyska siły, wróci do swojej armii śmierciożerców i ponownie podejmie próbę zdobycia władzy absolutnej. Hermiona miała tylko 12 lat, gdy bramy Hogwartu zostały zniszczone, a do zamku, w szale nienawiści, wleciała grupa sługusów Czarnego Pana na czele z Lucjuszem Malfoyem. Zaatakowali w nocy. Krzyki porywanych dzieci odbijały się echem od murów szkoły. Uczniowie 6 i 7 klasy spali głęboko tak jak i wszyscy profesorowie. To był plan doskonały. Młodsze dzieci nie potrafiły powstrzymać śmierciożerców albo po prostu za bardzo się bały. Próbowały ukryć się w swoich dormitoriach, pod łóżkiem, w szafie, za zasłoną w oknach, ale szybko zostały stamtąd brutalnie wyciągnięte i wyrzucone na bruk przed bramą szkoły. Niektórzy usłyszeli krzyki i wyszli na korytarz, a widząc uciekających kolegów sami wpadali w panikę i biegli przed siebie, żeby znaleźć bezpieczną kryjówkę. Tak nakręcała się spirala strachu, bólu i nienawiści. Schowki na miotły, tajemne przejścia, wtedy nigdzie nie było bezpiecznie. Śmierciożercy opanowali do perfekcji zaklęcie szukające. Wystarczyło rzucić je na przedmiot czy pomieszczenie, a ono działało jak kamera termowizyjna tyle, że przez ścianę i podświetlało na czerwono żywych ludzi. Na posadzkach leżały bezwładne i zimne ciała. Nie mogli zabrać wszystkich. Zależało im na dziewczynach, które miały zostać ich niewolnicami. Pragnęli jednak tylko tych bardzo młodych, dzieci, łatwo było je wykorzystać, łatwo zmusić do posłuszeństwa, bo były zbyt wystraszone, żeby się sprzeciwić. Z czasem ten strach stawał się dla nich przyjaciółką, zawsze przy nich. W końcu nie potrafiły już odróżnić dni od nocy, ciągle było tak samo. Zło, które nie miało prawa się wydarzyć, a jednak stało się rzeczywistością.

***

Hermiona spała w swoim łóżku, kiedy usłyszała huk rozłupywanych kamieni. Wyrwana ze snu usiadła z szeroko otwartymi oczami i rozejrzała się po dormitorium. Pozostałe gryfonki przecierały dłońmi sklejone powieki albo wciąż drzemały.
- Lavender, ty też to słyszałaś? - zapytała. Głos miała zachrypnięty, przed położeniem się nic nie wypiła.
- Ta...ak - odparła niepewnie dziewczyna.
Hermiona wstała i podeszła do okna, które przysłaniał ciężki bordowy materiał. Rozchyliła zasłony i krzyknęła z przerażeniem. Mury zamku stały w migoczących płomieniach rozświetlając mrok nocy.
- Wstawajcie! Wstawajcie! Musimy uciekać! - wrzeszczała do pozostałych.
- Hermiona, co...
- Musimy stąd natychmiast uciekać, Lav!  - przerwała jej Hermiona i rzuciła się biegiem do drzwi dormitorium. Otworzyła je na oścież i wybiegła krzycząc tak głośno, jak potrafiła. Gardło piekło ją potwornie, czuła jak wzmaga się chrypa. - Uciekajcie! Ogień! Uciekajcie!
Z dormitoriów wychodziły przestraszone dzieci. Dziewczyna nie miała pojęcia, co teraz zrobić. Znaleźć jakiegoś profesora? Może prefekta? Nie, na początku musi znaleźć Harry'ego i Ron'a. Ruszyła do drzwi ich sypialni, lecz zanim tam dotarła chłopcy wybiegli w pogniecionych piżamach. Harry zakładał okulary i szybko mrugał oczami. Ron ziewał, otwierając przy tym usta bardzo szeroko.
- Co się dzieje Herm? - zapytał spokojnie Wybraniec. 
- Mury zamku stoją w płomieniach... pali się! - wydyszała dziewczyna. Była zmęczona ciągłym krzyczeniem i bieganiem po schodach Wieży Gryffindru.
- Profesor Dumbledore na pewno ze wszystkim już sobie radzi - chłopak położył rękę na ramieniu Hermiony i ścisnął je lekko. - Wszystko jest już dobrze, nie denerwuj się.
Granger wzięła głęboki oddech. Potter cały czas głaskał jej bark.
- Czemu wszyscy wstali? - zapytał Ron zdezorientowany całą sytuacją. Dziewczyna spojrzała na niego z wyraźnym rozczarowaniem. Jej rudy przyjaciel jak zawsze nie miał pojęcia, co dzieje się dookoła.
- Wybuchł pożar w zamku - powiedział Harry. Ron otworzył szeroko oczy i rozejrzał się po pokoju wspólnym. Wszyscy skupili się w mniejszych grupkach. Niektórzy żywo dyskutowali, kilka osób schowało się w kątach i ściskało ramiona trzęsącymi się dłońmi. Inne dzieci płakały cicho, skulone przy kominku, którego płomienie zgasły. Został tylko szary popiół. 
Trójka przyjaciół znalazła miejsce do siedzenia i pogrążyła się w rozmowie o wspomnieniach z tegorocznych wakacji. Opowieści o wygrzewaniu się na plaży, w gorącym słońcu i pływaniu w słonych falach morza, uspokoiły zdenerwowaną Hermionę. Nic szczególnego się nie działo. Za oknami błszczały płomienie, a dzieci traciły czujność. Część z nich wróciła do swoich łóżek by zapaść w krótki, spokojny sen, ostatni odpoczynek w trakcie tej nocy.
Chłodne powietrze rozdarł wysoki krzyk dziecka. To była dziewczynka. Hermiona podniosła głowę z ramienia Harry'ego. Musiała zasnąć i oprzeć się o ciało przyjaciela. Chłopcy także dopiero, co się obudzili. Nagły hałas przyprawił ich o gęsią skórkę. To była chwila, ułamek sekundy. Drzwi się otworzyły, a do środka wlecieli śmierciożercy. Dzieci uciekały taranując się nawzajem. Niektóre upadły na podłogę, przygniecione ciężarem, krzyczały gdy ktoś rozdeptywał ich rękę. Próbowały ukryć się w tłumie, te odważniejsze zdobyć różdżkę leżącą w dormitorium, żeby walczyć. Strach więził wszystkich w swoich sidłach, nie pozwalał logicznie myśleć. Panika rosła w sercach tych młodych czarodziejów z każdym kolejnym wrzaskiem, aż uświadomili sobie, że stąd już nie ma ucieczki.
Harry Potter zerwał się na równe nogi i pociągnął za sobą swoich przyjaciół. Poruszali się tak szybko jak to możliwe, gdy ciało trzęsie się z przerażenia, przeszywa je ból przypominający wbijanie się stek żądeł.
- Musimy się stąd jak najszybciej wydostać! - chłopak przekrzykiwał hałas panujący w Wieży Gryffindoru. Ani Hermiona ani Ron nic mu nie odpowiedzieli. Ich myśli zdominował bałagan, tysiące pomysłów na jedną rzeczy - jak przeżyć.
Dormitorium chłopców było bardziej uporządkowane niż dziewczyna mogła kiedykolwiek przypuszczać. Rzeczy nie walały się po całej podłodze, nie wisiały na żyrandolu, ale leżały w kufrach.
- Będziemy lecieć. Ron weź swoją miotłę - rzekł Potter i podszedł do łóżka zabrać Nimbusa 2000. Drugi chłopak szybko chwycił należący do niego sprzęt. - Hermiono, ty pofruniesz  ze mną.
Granger zadrżała i zakołysała się w przód i w tył. Nienawidziła latać.
- Będzie dobrze. Usiądziesz na miotle z najmłodszym szukającym w historii Hogwartu - powiedział Weasley podchodząc do dziewczyny. - Jesteś bezpieczna.
Ścisnął mocno dłoń Hermiony. Spojrzała na niego, a w oczach zebrały się łzy. Nikt nie potrafił przemówić do niej tak dobrze jak on, żeby odegnać strach. Ron poszedł  w stronę okna, otworzył je na oścież i przełożył nogę przez sprzęt, a potem wyleciał z dormitorium. Zawisnął w powietrzu, gestem dłoni ponaglał swoich przyjaciół. Harry usiadł na Nimbusie, dziewczyna znalazła się tuż za nim i mocno objęła go ramionami w pasie. Zamknęła oczy i położyła głowę na jego plecach.
- Nie możesz krzyczeć - wyrzekł Wybraniec. Hermiona zacisnęła usta. - Trzy, dwa... jeden.
Gdy poczuła zimne powietrze smagające jej twarz, cała zesztywniała.
- Nie spadniesz. Nie spadniesz - mamrotała. - Nie dziś.
- Nie spadniesz. Nie dziś - powtórzył Harry.
Ron leciał kilka stóp przed nimi.
Temperatura nie była niska i nie wiał silny wiatr, ale dzieci ubrane w piżamy czuły się jakby wyszły na zewnątrz późną jesienią, a był maj.
- Dokąd lecimy? - zawołał Ron. Krzyki porywanych dziewczynek niosły się echem po błoniach zamku. - Gdzie lecimy?
- Jak najdalej stąd - odparł Harry. Weasley przeleciał nad wzburzoną taflą jeziora, czarną jak smoła, bo na niebie nie świecił księżyc. Wybraniec wraz z Hermioną poruszali się cały czas za nim, aż nagle stanęli. Ron leciał dalej.
- Ron! - krzyczała dziewczyna. - Ron, czekaj! Harry, co się stało?
- Nie możemy lecieć dalej.
- Jak... to...o nie m...możemy?! - Hermiona z trudem sklejała zdania. Ciało opanowały drgawki.
- Nie możemy się ruszyć - rzekł Harry. - Herm, musisz się uspokoić. Ufasz mi, prawda?
Z gardła dziewczyny wydobył się cichy szloch.
- To dobrze, bo musimy zawrócić.
Dziewczynki krzyczały, wrzeszczały, ale nikt nie mógł już im pomóc.
- Ale, Ha..harry - nie była w stanie logicznie myśleć i odgadnąć intencji przyjaciela.
- Zaufaj mi.
Wylądowali na błoniach.

***

Ukryć się przed ludźmi, którzy szukają właśnie ciebie, to bardzo trudne zadanie. Ukryć się przed polującymi śmiercieżercami jest niemożliwe. Hermiona i Harry trwali w mocnym uścisku pod powierzchnią wody. Wydawać by się mogło, że w tak ciemną noc ciężko będzie ich odnaleźć. Oczywiście, łatwo nie było, ale w tamtym momencie byli tylko dziećmi. Kiedy mężczyźni wyciągnęli ich z wody, a potem wyrwali z objęć, oboje wiedzieli, że to już koniec.
- Ufam ci - wydyszała Hermiona. - Ufam ci.
- Nie dziś - wyrzekł Harry. - Nie spadniesz.
Potem wszystko działo się szybko.
- Jestem Harry Potter! - wrzeszczał chłopak. - Jestem Harry Potter! To po mnie tu przyszliście! - biegł tak prędko jak potrafił. Najszybciej w swoim życiu. Śmierciożerca, który stał za Hermioną teraz gonił Wybrańca wraz z innymi poplecznikami samego Voldemorta. Dziewczyna zaczęła uciekać. Otrzymała od przyjaciela tyle ile potrafił jej wtedy ofiarować - kilka sekund wolności. Czas, który kosztował ich potwornie wiele. Już chwilę później czuła jak wielkie, obślizgłe łapska chwytają ją i unoszą nad ziemię. Szarpaniną i krzykami nic nie wskórała, zarobiła tylko mocne uderzenie łokciem między żebra. Śmierciożerca rzucił Hermionę na kamienną drogę przed zamkiem, odwrócił się i po prostu odszedł szukać następnej dziewczynki. Granger zwinęła się w pozycję embrionalną i leżała. Pustym wzrokiem obserwowała niebo, które robiło się coraz jaśniejsze, a wokół było prawie cicho. Mało kto miał jeszcze siłę krzyczeć. Mało kto miał jeszcze głos.
- Ufam ci Harry - powtarzała w kółko. - Ufam ci Ron.
Przyszedł ranek i skończyła się noc, a w szkole nie było śladu po porwanych dzieciach i ich oprawcach.

***

Teleportowali się w jakieś nieznane jej miejsce. Szli przez las. Drzewa były stare, kora odpadała z ich pokrzywionych pni, a gałęzie łamały się jak paluszki. Nigdzie nie wisiały liście. Drogę pokrywało błoto i szczątki roślin. Niebo zasnuły szare, burzowe chmury, a powietrze stało się mroźne. Dziewczynki szły w równym szeregu. Hermiona pamiętała, jak kiedyś oglądała z rodzicami film, gdzie czarni ludzie prowadzeni w ten sam sposób, mieli ciężkie kajdany na nogach i rękach połączone ze sobą łańcuchami. One były związane czarami. Chodziły w tempie narzuconym przez śmierciożerców, gdy któraś potknęła się, przewracała ze sobą jeszcze dwie dziewczynki. Nikt nie pomagał im wstać, mężczyźni jedynie przechodzili obok i klepali je w pupy. Hermiona odwróciła wzrok i skupiła się na swoich brudnych stopach. Jej kapcie zostały przy brzegu jeziora. Palce zrobiły się sztywne od chłodu i czarne od błota. Starała się stawiać delikatne kroki. W mule mogły leżeć ostre gałęzie i zranić jej ciało. Dzieci nie rozmawiały ze sobą, nie śmiały się, nie płakały. Pogodziły się z sytuacją? Na pewno nie, ale jaki miały wybór? Zdecydowały się na mniejsze zło. Żadne z nich nie pragnęło cierpienia. Nawet nie myślało o śmierci. Hermiona kiwała głową w rytm kroków. Próbowała skupić swoje myśli na powtarzalności tej melodii, liczyła ilość razy zetknięcia stóp z ziemią. Jej umysł w takiej sytuacji wariował. Do głowy uderzały głupiutkie pomysły, a ona musiała się opanować, żeby nie sprowadzić na nich jeszcze większych kłopotów.
- STOP!  - wrzasnął Lucjusz Malfoy. Zlustrował rząd dziewczynek gniewnym spojrzeniem.  - Do szeregu!
Dzieci zaczęły stawać jedno obok drugiego. Hermiona odwróciła się przodem do mężczyzny cały czas machając głową mimo, że nikt nie stawiał już kroków.
- Odliczcie do dziesięciu. 
Dziewczyny spojrzały po sobie zdezorientowane, a Hermiona wyprostowała się i przestała kiwać.
- Jeden! - pierwszy głos był bardzo wysoki. Piszczał w uszach. Śmierciożerca stał na wprost tego dziecka, ale zaraz zrobił jeden krok w lewo i był przy kolejnej osobie.
- Dwa - Hermiona ledwo usłyszała numer.
- Trzy - wybrzmiało dużo pewniej.
- Cztery. 
- Pięć.
- Sze…sze...sześć - Lucjusz podszedł do dziewczynki i chwycił garść jej włosów.
- Umiesz liczyć? - wysyczał. Jego język prawie dotknął jej nosa.
- Tak… - odpowiedź była jeszcze mniej pewna od poprzedniej. - Proszę pa...a… ana.
- To dobrze - wrzask dziecka rozpłynął się w powietrzu, a w ręce śmierciożercy spoczywała garść czarnych włosów. - Policz ile jest tu tych kłaków. Następna osoba! 
- Siedem.
- Osiem.
- Dziewięć.
- Dziesięć.
- Jeden - liczyły po kolei aż do ostatniej. Było ich sto*.
- Wszystkie dziesiątki krok do przodu! - rozkazał Lucjusz. Po tym, co zrobił tamtej dziewczynie, nikt się nie ociągał z wykonaniem polecenia. Hermiona miała numer siedem.
- Ustawcie się w szeregu! Na co czekacie? - jego śmiech brzmiał jak chichot chłopca, który dostał nową zabawkę.
Dziewczynki stanęły blisko siebie, dwie chwyciły się za ręce.
- Wszystko gotowe? - zapytał inny śmierciożerca. Lucjusz pokręcił głową.
Gdzieś z tyłu rozległ się trzask teleportacji.
- Już jesteśmy! - wesoły głos oświadczył swoje przybycie. Hermiona odwróciła głowę. Śmierciożerca trzymał za ręce wyciągnięte w górę dziecko, skulone u jego stóp. Między rozdartymi skrawkami ubrania dziewczyna dostrzegła rude włosy.
- Jest i nasz sprytny uciekinier. Zapraszam Weasley - Hermiona zagryzła wargę bardzo mocno, ale nie pisnęła. Poczuła ból w gardle, ogromną gulę, która cały czas rosła. Przestała oddychać aż kłucie w klatce piersiowej było nie do zniesienia. Podążyła wzrokiem za mężczyzną, który ciągnął za sobą Ron'a idącego po kolanach.
- Co oni ci zrobili?  - wyszeptała. Chłopak klęczał w rzędzie obok pozostałych dziesięciu dziewcząt.
- Wstawaj! - ryknął śmierciożerca. Ron podparł się dłońmi o błoto i próbował stanąć na nogach. Podniósł jedną stopę, potem drugą, ale zaraz padł na ziemię, prosto na twarz. - Wstawaj!
Śmierciożerca chwycił go pod pachami i pociągnął w górę. Ron stał na nogach. Cały się trząsł i jęczał.
- Zagramy w grę - rozpoczął mężczyzna, który wcześniej pytał czy wszystko jest gotowe. - Zasady są tak proste, że nawet wasze małe móżdżki powinny to zrozumieć.
Śmiał się głośno z własnego żartu, a inni do niego dołączyli. 
- Mamy patyczki. Są krótkie i długie. Będziecie je losować, po kolei. Krótki oznacza śmierć. Długi życie. Zaczniemy od ciebie kochanie - podszedł do dziewczynki stojącej na drugim końcu szeregu. - Śmierć czy życie?
Mała rączka wyciągnęła jedno drewienko z garści mężczyzny i położyła je w jego drugiej dłoni.
- Życie! - wrzasnął. - Możesz wrócić do pozostałych. Następna!
Hermiona patrzyła na plecy dziecka, które za chwilę mogło być martwe.
- Życie! - uśmiechnął się szeroko. - Leć ptaszyno. Następna!
Dziewczyna sięgnęła po patyczek.
- Oj, śmierć - wyrzekł ze smutkiem. - Avada Kedavra!
Ktoś krzyknął.
- Jeszcze raz piśniesz mała dziwko, a skończysz tak samo jak ona - jeden ze śmierciożerców znalazł się tuż przy dziewczynie. Po wypowiedzeniu groźby przygryzł płatek jej ucha.
- Bawimy się dalej! - ponowił grę mężczyzna. - Teraz czas na ciebie.
Kolejne dziecko stanęło przed wyborem, może ostatnim jakiego dokona.
- Bardzo mi przykro, śmierć! - zawył. - Avada Kedavra! Następna!
- Życie! Następna!
- Życie!
- Życie! Macie dziś dobrą passę - zachichotał. - Następna!
- Śmierć! Chyba wyczerpaliście limit szczęścia. Avada Kedavra! Następna!
- Śmierć! Avada Kedavra!
- Życie! Masz dobry dzień, kochanie - śmierciożerca pogłaskał dziewczynkę po głowie. - Następna! 
Przed mężczyzną stał Ron.
- Następny! - zawołał. - Zapomniałem o tobie.
Chłopak wyciągnął drżącą dłoń. Hermiona wpatrywała się w jego twarz siną od ran i wykrzywioną bólem, ale wciąż twarz jej najbliższego przyjaciela.
- Nie spadnij. Nie dziś - szepnęła. - Nie dziś.
- Śmierć! - krzyk śmierciożercy przebił się z opóźnieniem do świadomości dziewczyny. - Avada Kedavra!

Tak umarł Ron Weasley.


*W każdej klasie było 10 uczniów (pięć chłopców i tyle samo dziewczynek), więc łatwo policzyć, że w całej szkole uczyło się ich 280 (cztery domy i siedem klas). Śmierciożercy porwali dziewczynki, wyłączając z tego klasę szóstą i siódmą: 280 – 80 (klasa 6 i 7) = 200;
200 : 2 (ponieważ zabierali tylko dziewczynki) = 100.  Nie gwarantuję, że na pewno tak było (10 osób w klasie, tyle samo dziewczyn i chłopców), ale takie informacje znalazłam w internecie.








poniedziałek, 31 października 2016

Prolog

 





 Myślami błądziła gdzieś bardzo daleko, gdy nagle usłyszała ostry ryk klaksonu i pisk opon. Czuła serce w gardle, całe jej ciało aż wibrowało od emocji. Wszystko działo się bardzo szybko. Kiedy zobaczyła jego cień po drugiej stronie ulicy, zerwała się do biegu, zapominając o całym świecie. Maska czarnego kabrioleta zatrzymała się kilka cali od jej lewej nogi. Od razu pobiegła dalej, brała wdech za wdechem, a mimo to jej płuca były jak z ołowiu.
- Stój! - krzyknęła głosem ochrypłym od wysiłku. - Stój!
Odwrócił się, rozejrzał dookoła. Nie zauważył jej i po prostu poszedł dalej.
- Zaczekaj! - gardło ją piekło i każde kolejne słowo było coraz mniej wyraźne. - Zatrzymaj się! Stój, proszę!
Tym razem stal jego spojrzenia przecięła gęste powietrze między nimi. Zatrzymał się i wyprostował zgarbione plecy. Na nosie miał okulary w czarnych oprawkach, na ramieniu śpiące dziecko. Małe usteczka otwierały się szerzej, co jakiś czas. Oddychało powoli, bardzo spokojnie. Spało w całym gwarze i zamieszaniu miasta.
- Malfoy? Draco Malfoy? - nie mogła się pomylić.
- Granger - odparł lekko zmieszany. Twarz miał wykutą w marmurze: idealną, stanowczą, bladą.
- Mam nadzieję, że go nie obudziłam - powiedziała ciszej. Podeszła do niego bliżej. - Nie chciałam ci robić kłopotu.
- W porządku - zmarszczył brwi. - Jak się czujesz?
- Dobrze - uśmiechnęła się. - Zaskakująco dobrze.
Pokiwał głową, przyjmując to do wiadomości.
- Jak w pracy? - kontynuował wywiad mężczyzna. Zmrużył oczy i na mniej niż sekundę jego wzrok skierował się na te ciepłe usta.
- Zostaję sporo czasu po godzinach. - wzruszyła ramionami i wyginając głowę do tyłu rozmasowała sobie szyję palcami. - Nie wiedziałam, że masz dziecko. Przepraszam... nie wiedziałam, że związałeś się z kimś na dłużej.
- Tak. Ja i Astoria jesteśmy bardzo szczęśliwi - przeniósł zdezorientowany wzrok na główkę dziecka opartą o jego ramię. Przełknął ślinę. - Scorpius to nasze oczko w głowie.
- Bardzo się cieszę - uniosła wyżej podbródek. Był to wyraz cichego buntu, że ona Hermiona Jean Granger nie ma jeszcze swojej rodziny. - Muszę już iść.
- Ja też. Do zobaczenia kiedyś - ucałował wierzch jej prawej dłoni. Skóra była gorąca, a wargi spierzchnięte. Odwrócili się w tym samym momencie i każde poszło we własnym kierunku, nie obejrzeli się za siebie.

   Draco spojrzał na swojego syna. Na główce miał drobne loczki, prawie białe, a pod zamkniętymi snem powiekami kryły się oczy koloru gorącej herbaty z miodem i cytryną.
Mimo to, wiedział, że stracił ją już te dwa lata temu. Nie było dnia, żeby nie budził się w nocy z krzykiem i sercem uciekającym z piersi. Nie było godziny, żeby nie uświadamiał sobie jak wiele zmieniła. Wszystko. Nie było minuty, żeby nie obwiniał się za grzechy przeszłości. Nie było sekundy, żeby nie dziękował, za najpiękniejszy dar, jaki mogła mu dać. Nie było lat, żeby zapomniał, choć próbował ze wszystkich swoich sił. Nie miał czasu, żeby przestać ją uwielbiać, więc rozpadał się tak, kawałek po kawałku. Do końca.