Nikt nie mógł przypuszczać, że Voldemort tak szybko odzyska
siły, wróci do swojej armii śmierciożerców i ponownie podejmie próbę zdobycia
władzy absolutnej. Hermiona miała tylko 12 lat, gdy bramy Hogwartu zostały
zniszczone, a do zamku, w szale nienawiści, wleciała grupa sługusów Czarnego
Pana na czele z Lucjuszem Malfoyem. Zaatakowali w nocy. Krzyki porywanych
dzieci odbijały się echem od murów szkoły. Uczniowie 6 i 7 klasy spali głęboko
tak jak i wszyscy profesorowie. To był plan doskonały. Młodsze dzieci nie
potrafiły powstrzymać śmierciożerców albo po prostu za bardzo się bały.
Próbowały ukryć się w swoich dormitoriach, pod łóżkiem, w szafie, za zasłoną w
oknach, ale szybko zostały stamtąd brutalnie wyciągnięte i wyrzucone na bruk
przed bramą szkoły. Niektórzy usłyszeli krzyki i wyszli na korytarz, a widząc
uciekających kolegów sami wpadali w panikę i biegli przed siebie, żeby znaleźć
bezpieczną kryjówkę. Tak nakręcała się spirala strachu, bólu i nienawiści.
Schowki na miotły, tajemne przejścia, wtedy nigdzie nie było bezpiecznie.
Śmierciożercy opanowali do perfekcji zaklęcie szukające. Wystarczyło rzucić je
na przedmiot czy pomieszczenie, a ono działało jak kamera termowizyjna tyle, że
przez ścianę i podświetlało na czerwono żywych ludzi. Na posadzkach leżały
bezwładne i zimne ciała. Nie mogli zabrać wszystkich. Zależało im na
dziewczynach, które miały zostać ich niewolnicami. Pragnęli jednak tylko tych
bardzo młodych, dzieci, łatwo było je wykorzystać, łatwo zmusić do
posłuszeństwa, bo były zbyt wystraszone, żeby się sprzeciwić. Z czasem ten
strach stawał się dla nich przyjaciółką, zawsze przy nich. W końcu nie
potrafiły już odróżnić dni od nocy, ciągle było tak samo. Zło, które nie miało
prawa się wydarzyć, a jednak stało się rzeczywistością.
***
Hermiona spała w swoim łóżku, kiedy usłyszała huk
rozłupywanych kamieni. Wyrwana ze snu usiadła z szeroko otwartymi oczami i
rozejrzała się po dormitorium. Pozostałe gryfonki przecierały dłońmi sklejone
powieki albo wciąż drzemały.
- Lavender, ty też to słyszałaś? - zapytała. Głos miała
zachrypnięty, przed położeniem się nic nie wypiła.
- Ta...ak - odparła niepewnie dziewczyna.
Hermiona wstała i podeszła do okna, które przysłaniał ciężki
bordowy materiał. Rozchyliła zasłony i krzyknęła z przerażeniem. Mury zamku
stały w migoczących płomieniach rozświetlając mrok nocy.
- Wstawajcie! Wstawajcie! Musimy uciekać! - wrzeszczała do
pozostałych.
- Hermiona, co...
- Musimy stąd natychmiast uciekać, Lav! - przerwała jej Hermiona i rzuciła się
biegiem do drzwi dormitorium. Otworzyła je na oścież i wybiegła krzycząc tak
głośno, jak potrafiła. Gardło piekło ją potwornie, czuła jak wzmaga się chrypa.
- Uciekajcie! Ogień! Uciekajcie!
Z dormitoriów wychodziły przestraszone dzieci. Dziewczyna
nie miała pojęcia, co teraz zrobić. Znaleźć jakiegoś profesora? Może prefekta?
Nie, na początku musi znaleźć Harry'ego i Ron'a. Ruszyła do drzwi ich sypialni,
lecz zanim tam dotarła chłopcy wybiegli w pogniecionych piżamach. Harry zakładał
okulary i szybko mrugał oczami. Ron ziewał, otwierając przy tym usta bardzo
szeroko.
- Co się dzieje Herm? - zapytał spokojnie Wybraniec.
- Mury zamku stoją w płomieniach... pali się! - wydyszała
dziewczyna. Była zmęczona ciągłym krzyczeniem i bieganiem po schodach Wieży
Gryffindru.
- Profesor Dumbledore na pewno ze wszystkim już sobie radzi
- chłopak położył rękę na ramieniu Hermiony i ścisnął je lekko. - Wszystko jest
już dobrze, nie denerwuj się.
Granger wzięła głęboki oddech. Potter cały czas głaskał jej
bark.
- Czemu wszyscy wstali? - zapytał Ron zdezorientowany całą
sytuacją. Dziewczyna spojrzała na niego z wyraźnym rozczarowaniem. Jej rudy
przyjaciel jak zawsze nie miał pojęcia, co dzieje się dookoła.
- Wybuchł pożar w zamku - powiedział Harry. Ron otworzył
szeroko oczy i rozejrzał się po pokoju wspólnym. Wszyscy skupili się w
mniejszych grupkach. Niektórzy żywo dyskutowali, kilka osób schowało się w
kątach i ściskało ramiona trzęsącymi się dłońmi. Inne dzieci płakały cicho,
skulone przy kominku, którego płomienie zgasły. Został tylko szary popiół.
Trójka przyjaciół znalazła miejsce do siedzenia i pogrążyła
się w rozmowie o wspomnieniach z tegorocznych wakacji. Opowieści o wygrzewaniu
się na plaży, w gorącym słońcu i pływaniu w słonych falach morza, uspokoiły
zdenerwowaną Hermionę. Nic szczególnego się nie działo. Za oknami błszczały
płomienie, a dzieci traciły czujność. Część z nich wróciła do swoich łóżek by
zapaść w krótki, spokojny sen, ostatni odpoczynek w trakcie tej nocy.
Chłodne powietrze rozdarł wysoki krzyk dziecka. To była
dziewczynka. Hermiona podniosła głowę z ramienia Harry'ego. Musiała zasnąć i
oprzeć się o ciało przyjaciela. Chłopcy także dopiero, co się obudzili. Nagły
hałas przyprawił ich o gęsią skórkę. To była chwila, ułamek sekundy. Drzwi się
otworzyły, a do środka wlecieli śmierciożercy. Dzieci uciekały taranując się
nawzajem. Niektóre upadły na podłogę, przygniecione ciężarem, krzyczały gdy
ktoś rozdeptywał ich rękę. Próbowały ukryć się w tłumie, te odważniejsze zdobyć
różdżkę leżącą w dormitorium, żeby walczyć. Strach więził wszystkich w swoich
sidłach, nie pozwalał logicznie myśleć. Panika rosła w sercach tych młodych
czarodziejów z każdym kolejnym wrzaskiem, aż uświadomili sobie, że stąd już nie
ma ucieczki.
Harry Potter zerwał się na równe nogi i pociągnął za sobą
swoich przyjaciół. Poruszali się tak szybko jak to możliwe, gdy ciało trzęsie
się z przerażenia, przeszywa je ból przypominający wbijanie się stek żądeł.
- Musimy się stąd jak najszybciej wydostać! - chłopak
przekrzykiwał hałas panujący w Wieży Gryffindoru. Ani Hermiona ani Ron nic mu
nie odpowiedzieli. Ich myśli zdominował bałagan, tysiące pomysłów na jedną
rzeczy - jak przeżyć.
Dormitorium chłopców było bardziej uporządkowane niż
dziewczyna mogła kiedykolwiek przypuszczać. Rzeczy nie walały się po całej
podłodze, nie wisiały na żyrandolu, ale leżały w kufrach.
- Będziemy lecieć. Ron weź swoją miotłę - rzekł Potter i
podszedł do łóżka zabrać Nimbusa 2000. Drugi chłopak szybko chwycił należący do
niego sprzęt. - Hermiono, ty pofruniesz
ze mną.
Granger zadrżała i zakołysała się w przód i w tył.
Nienawidziła latać.
- Będzie dobrze. Usiądziesz na miotle z najmłodszym
szukającym w historii Hogwartu - powiedział Weasley podchodząc do dziewczyny. -
Jesteś bezpieczna.
Ścisnął mocno dłoń Hermiony. Spojrzała na niego, a w oczach
zebrały się łzy. Nikt nie potrafił przemówić do niej tak dobrze jak on, żeby
odegnać strach. Ron poszedł w stronę
okna, otworzył je na oścież i przełożył nogę przez sprzęt, a potem wyleciał z
dormitorium. Zawisnął w powietrzu, gestem dłoni ponaglał swoich przyjaciół.
Harry usiadł na Nimbusie, dziewczyna znalazła się tuż za nim i mocno objęła go
ramionami w pasie. Zamknęła oczy i położyła głowę na jego plecach.
- Nie możesz krzyczeć - wyrzekł Wybraniec. Hermiona
zacisnęła usta. - Trzy, dwa... jeden.
Gdy poczuła zimne powietrze smagające jej twarz, cała
zesztywniała.
- Nie spadniesz. Nie spadniesz - mamrotała. - Nie dziś.
- Nie spadniesz. Nie dziś - powtórzył Harry.
Ron leciał kilka stóp przed nimi.
Temperatura nie była niska i nie wiał silny wiatr, ale
dzieci ubrane w piżamy czuły się jakby wyszły na zewnątrz późną jesienią, a był
maj.
- Dokąd lecimy? - zawołał Ron. Krzyki porywanych dziewczynek
niosły się echem po błoniach zamku. - Gdzie lecimy?
- Jak najdalej stąd - odparł Harry. Weasley przeleciał nad
wzburzoną taflą jeziora, czarną jak smoła, bo na niebie nie świecił księżyc.
Wybraniec wraz z Hermioną poruszali się cały czas za nim, aż nagle stanęli. Ron
leciał dalej.
- Ron! - krzyczała dziewczyna. - Ron, czekaj! Harry, co się
stało?
- Nie możemy lecieć dalej.
- Jak... to...o nie m...możemy?! - Hermiona z trudem
sklejała zdania. Ciało opanowały drgawki.
- Nie możemy się ruszyć - rzekł Harry. - Herm, musisz się
uspokoić. Ufasz mi, prawda?
Z gardła dziewczyny wydobył się cichy szloch.
- To dobrze, bo musimy zawrócić.
Dziewczynki krzyczały, wrzeszczały, ale nikt nie mógł już im
pomóc.
- Ale, Ha..harry - nie była w stanie logicznie myśleć i
odgadnąć intencji przyjaciela.
- Zaufaj mi.
Wylądowali na błoniach.
***
Ukryć się przed ludźmi, którzy szukają właśnie ciebie, to
bardzo trudne zadanie. Ukryć się przed polującymi śmiercieżercami jest
niemożliwe. Hermiona i Harry trwali w mocnym uścisku pod powierzchnią wody.
Wydawać by się mogło, że w tak ciemną noc ciężko będzie ich odnaleźć.
Oczywiście, łatwo nie było, ale w tamtym momencie byli tylko dziećmi. Kiedy
mężczyźni wyciągnęli ich z wody, a potem wyrwali z objęć, oboje wiedzieli, że
to już koniec.
- Ufam ci - wydyszała Hermiona. - Ufam ci.
- Nie dziś - wyrzekł Harry. - Nie spadniesz.
Potem wszystko działo się szybko.
- Jestem Harry Potter! - wrzeszczał chłopak. - Jestem Harry
Potter! To po mnie tu przyszliście! - biegł tak prędko jak potrafił.
Najszybciej w swoim życiu. Śmierciożerca, który stał za Hermioną teraz gonił
Wybrańca wraz z innymi poplecznikami samego Voldemorta. Dziewczyna zaczęła
uciekać. Otrzymała od przyjaciela tyle ile potrafił jej wtedy ofiarować - kilka
sekund wolności. Czas, który kosztował ich potwornie wiele. Już chwilę później
czuła jak wielkie, obślizgłe łapska chwytają ją i unoszą nad ziemię. Szarpaniną
i krzykami nic nie wskórała, zarobiła tylko mocne uderzenie łokciem między
żebra. Śmierciożerca rzucił Hermionę na kamienną drogę przed zamkiem, odwrócił
się i po prostu odszedł szukać następnej dziewczynki. Granger zwinęła się w
pozycję embrionalną i leżała. Pustym wzrokiem obserwowała niebo, które robiło
się coraz jaśniejsze, a wokół było prawie cicho. Mało kto miał jeszcze siłę
krzyczeć. Mało kto miał jeszcze głos.
- Ufam ci Harry - powtarzała w kółko. - Ufam ci Ron.
Przyszedł ranek i skończyła się noc, a w szkole nie było
śladu po porwanych dzieciach i ich oprawcach.
***
Teleportowali się w jakieś nieznane jej miejsce. Szli przez
las. Drzewa były stare, kora odpadała z ich pokrzywionych pni, a gałęzie łamały
się jak paluszki. Nigdzie nie wisiały liście. Drogę pokrywało błoto i szczątki
roślin. Niebo zasnuły szare, burzowe chmury, a powietrze stało się mroźne.
Dziewczynki szły w równym szeregu. Hermiona pamiętała, jak kiedyś oglądała z
rodzicami film, gdzie czarni ludzie prowadzeni w ten sam sposób, mieli ciężkie
kajdany na nogach i rękach połączone ze sobą łańcuchami. One były związane
czarami. Chodziły w tempie narzuconym przez śmierciożerców, gdy któraś potknęła
się, przewracała ze sobą jeszcze dwie dziewczynki. Nikt nie pomagał im wstać,
mężczyźni jedynie przechodzili obok i klepali je w pupy. Hermiona odwróciła
wzrok i skupiła się na swoich brudnych stopach. Jej kapcie zostały przy brzegu
jeziora. Palce zrobiły się sztywne od chłodu i czarne od błota. Starała się
stawiać delikatne kroki. W mule mogły leżeć ostre gałęzie i zranić jej ciało.
Dzieci nie rozmawiały ze sobą, nie śmiały się, nie płakały. Pogodziły się z
sytuacją? Na pewno nie, ale jaki miały wybór? Zdecydowały się na mniejsze zło.
Żadne z nich nie pragnęło cierpienia. Nawet nie myślało o śmierci. Hermiona
kiwała głową w rytm kroków. Próbowała skupić swoje myśli na powtarzalności tej
melodii, liczyła ilość razy zetknięcia stóp z ziemią. Jej umysł w takiej
sytuacji wariował. Do głowy uderzały głupiutkie pomysły, a ona musiała się
opanować, żeby nie sprowadzić na nich jeszcze większych kłopotów.
- STOP! - wrzasnął
Lucjusz Malfoy. Zlustrował rząd dziewczynek gniewnym spojrzeniem. - Do szeregu!
Dzieci zaczęły stawać jedno obok drugiego. Hermiona
odwróciła się przodem do mężczyzny cały czas machając głową mimo, że nikt nie
stawiał już kroków.
- Odliczcie do dziesięciu.
Dziewczyny spojrzały po sobie zdezorientowane, a Hermiona
wyprostowała się i przestała kiwać.
- Jeden! - pierwszy głos był bardzo wysoki. Piszczał w
uszach. Śmierciożerca stał na wprost tego dziecka, ale zaraz zrobił jeden krok
w lewo i był przy kolejnej osobie.
- Dwa - Hermiona ledwo usłyszała numer.
- Trzy - wybrzmiało dużo pewniej.
- Cztery.
- Pięć.
- Sze…sze...sześć - Lucjusz podszedł do dziewczynki i
chwycił garść jej włosów.
- Umiesz liczyć? - wysyczał. Jego język prawie dotknął jej
nosa.
- Tak… - odpowiedź była jeszcze mniej pewna od poprzedniej.
- Proszę pa...a… ana.
- To dobrze - wrzask dziecka rozpłynął się w powietrzu, a w
ręce śmierciożercy spoczywała garść czarnych włosów. - Policz ile jest tu tych
kłaków. Następna osoba!
- Siedem.
- Osiem.
- Dziewięć.
- Dziesięć.
- Jeden - liczyły po kolei aż do ostatniej. Było ich sto*.
- Wszystkie dziesiątki krok do przodu! - rozkazał Lucjusz.
Po tym, co zrobił tamtej dziewczynie, nikt się nie ociągał z wykonaniem
polecenia. Hermiona miała numer siedem.
- Ustawcie się w szeregu! Na co czekacie? - jego śmiech
brzmiał jak chichot chłopca, który dostał nową zabawkę.
Dziewczynki stanęły blisko siebie, dwie chwyciły się za
ręce.
- Wszystko gotowe? - zapytał inny śmierciożerca. Lucjusz
pokręcił głową.
Gdzieś z tyłu rozległ się trzask teleportacji.
- Już jesteśmy! - wesoły głos oświadczył swoje przybycie.
Hermiona odwróciła głowę. Śmierciożerca trzymał za ręce wyciągnięte w górę
dziecko, skulone u jego stóp. Między rozdartymi skrawkami ubrania dziewczyna
dostrzegła rude włosy.
- Jest i nasz sprytny uciekinier. Zapraszam Weasley -
Hermiona zagryzła wargę bardzo mocno, ale nie pisnęła. Poczuła ból w gardle,
ogromną gulę, która cały czas rosła. Przestała oddychać aż kłucie w klatce
piersiowej było nie do zniesienia. Podążyła wzrokiem za mężczyzną, który
ciągnął za sobą Ron'a idącego po kolanach.
- Co oni ci zrobili?
- wyszeptała. Chłopak klęczał w rzędzie obok pozostałych dziesięciu
dziewcząt.
- Wstawaj! - ryknął śmierciożerca. Ron podparł się dłońmi o
błoto i próbował stanąć na nogach. Podniósł jedną stopę, potem drugą, ale zaraz
padł na ziemię, prosto na twarz. - Wstawaj!
Śmierciożerca chwycił go pod pachami i pociągnął w górę. Ron
stał na nogach. Cały się trząsł i jęczał.
- Zagramy w grę - rozpoczął mężczyzna, który wcześniej pytał
czy wszystko jest gotowe. - Zasady są tak proste, że nawet wasze małe móżdżki
powinny to zrozumieć.
Śmiał się głośno z własnego żartu, a inni do niego
dołączyli.
- Mamy patyczki. Są krótkie i długie. Będziecie je losować,
po kolei. Krótki oznacza śmierć. Długi życie. Zaczniemy od ciebie kochanie -
podszedł do dziewczynki stojącej na drugim końcu szeregu. - Śmierć czy życie?
Mała rączka wyciągnęła jedno drewienko z garści mężczyzny i
położyła je w jego drugiej dłoni.
- Życie! - wrzasnął. - Możesz wrócić do pozostałych.
Następna!
Hermiona patrzyła na plecy dziecka, które za chwilę mogło
być martwe.
- Życie! - uśmiechnął się szeroko. - Leć ptaszyno. Następna!
Dziewczyna sięgnęła po patyczek.
- Oj, śmierć - wyrzekł ze smutkiem. - Avada Kedavra!
Ktoś krzyknął.
- Jeszcze raz piśniesz mała dziwko, a skończysz tak samo jak
ona - jeden ze śmierciożerców znalazł się tuż przy dziewczynie. Po
wypowiedzeniu groźby przygryzł płatek jej ucha.
- Bawimy się dalej! - ponowił grę mężczyzna. - Teraz czas na
ciebie.
Kolejne dziecko stanęło przed wyborem, może ostatnim jakiego
dokona.
- Bardzo mi przykro, śmierć! - zawył. - Avada Kedavra!
Następna!
- Życie! Następna!
- Życie!
- Życie! Macie dziś dobrą passę - zachichotał. - Następna!
- Śmierć! Chyba wyczerpaliście limit szczęścia. Avada
Kedavra! Następna!
- Śmierć! Avada Kedavra!
- Życie! Masz dobry dzień, kochanie - śmierciożerca
pogłaskał dziewczynkę po głowie. - Następna!
Przed mężczyzną stał Ron.
- Następny! - zawołał. - Zapomniałem o tobie.
Chłopak wyciągnął drżącą dłoń. Hermiona wpatrywała się w
jego twarz siną od ran i wykrzywioną bólem, ale wciąż twarz jej najbliższego
przyjaciela.
- Nie spadnij. Nie dziś - szepnęła. - Nie dziś.
- Śmierć! - krzyk śmierciożercy przebił się z opóźnieniem do
świadomości dziewczyny. - Avada Kedavra!
Tak umarł Ron Weasley.
*W
każdej klasie było 10 uczniów (pięć chłopców i tyle samo dziewczynek), więc
łatwo policzyć, że w całej szkole uczyło się ich 280 (cztery domy i siedem
klas). Śmierciożercy porwali dziewczynki, wyłączając z tego klasę szóstą i
siódmą: 280 – 80 (klasa 6 i 7) = 200;
200 : 2
(ponieważ zabierali tylko dziewczynki) = 100.
Nie gwarantuję, że na pewno tak było (10 osób w klasie, tyle samo
dziewczyn i chłopców), ale takie informacje znalazłam w internecie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz